W 1979 roku będąc nad jeziorem Orzysz pewien kolega zabrał mnie na przejażdżkę Makiem 333. Po piętnastu minutach kolega musiał iść na obiad i zostałem sam. Po wypłynięciu na jezioro zaczął się horror. Jak się później dowiedziałem zrobiłem dwie „rufy” dostałem porządnie bomem, ale jakoś udało się wrócić do brzegu. Po tych doświadczeniach utwierdziłem się w przekonaniu, że to dziwny sport i nie dla mnie. Wolałem łowić ryby.
Jeszcze w te same wakacje znów trafiłem na żaglówkę. Tym razem na „Figla”. Jako już stary wilk morski wypożyczyliśmy go z bratem na dwie godziny ( na tyle tylko starczyło). Ponieważ zawsze lubiłem coś majstrować, po pływaniu pomierzyłem łódkę krokami i stwierdziłem, że takie coś to ja sobie sam zbuduję z desek, jakie miał mój dziadek w stodole.
